Piwnice częstochowskiego klubu Carpe Diem zazwyczaj wypełniają mocne rockowe brzmienia, dlatego koncert Korteza (12.11.2015) w tym miejscu od początku wydawał się nieoczywisty. Ale gdy myślę o tym z perspektywy czasu, to przecież nieoczywistość jest najlepszym określeniem jego twórczości.

Kortez to w ogóle bardzo tajemniczy gość. Choć o nim samym niewiele wiadomo, jego Bumerang często wymieniany jest w czołówce najlepszych płyt tego roku. Single Zostań  i Od dawna już wiem od dłuższego czasu zajmują wysokie pozycje na Liście Przebojów radiowej Trójki.

W Częstochowie dwudziestosześciolatek z Iwonicza wchodzi na scenę z małym opóźnieniem. W naszym mieście koncertuje po raz pierwszy. Jego aparycja bardziej wskazuje na chłopaka z dzielni, który, jeśli będziemy grzeczni, nie spuści nam wiadomo czego, co mógłby. Gdybym widziała go pierwszy raz, spodziewałabym się usłyszeć „rapsy” o trudnym dzieciństwie. On natomiast siada z gitarą, przy przyciemnionym świetle i zapowiada pierwszy utwór – Joe. Bez zbędnych słów zaczyna grać i śpiewać.

To nic, że nie jest wirtuozem gry na gitarze (przecież gra od niedawna), to nic, że czasem źle uderzy w strunę. To nic, że nie opowiada zabawnych lub sentymentalnych historyjek między utworami. To nic, że nie stosuje wyszukanych ozdobników, byśmy zachwycali się jego umiejętnościami (które swoją drogą są ogromne). On tym swoim śpiewem przy gitarze – niby od niechcenia – robi coś niesamowicie ważnego. Przekazuje prawdę. Prawda wylewa się z niego z każdym dźwiękiem i słowem. I nie wierzę, że ktoś z obecnych na sali chociaż raz, podczas całego, ponad godzinnego koncertu, nie poczuł, że to o nim, o jego bliskich. Gdy na widowni widzimy łzy młodej dziewczyny, możemy zrzucić to na karb nieszczęśliwej, nastoletniej miłości – choć nie nam oceniać. Ale gdy rząd dalej dojrzałemu mężczyźnie szklą się oczy przy słuchaniu Od dawna już wiem, dociera do nas, że chodzi o coś więcej. Chodzi o tę bezpretensjonalną szczerość. Gdy Kortez ociera pot w rękaw koszuli i śmieje się, że ciepło go przyjęliśmy w tej Częstochowie, to wiemy, że nie oglądamy celebryty, ale spotykamy się z człowiekiem. Szczery, niezakłamany, czysty – określenia na tego artystę można mnożyć w nieskończoność. I na tym właściwie zakończyć ten komentarz.

Ale jednak było też coś, co się nie zgadzało, co zakłócało odbiór. To coś, przez co nie wyszłam z koncertu oszołomiona i w pełni zachwycona. Co? Do końca nie wiem. Być może fakt, że krzesła ustawione były w ten sposób, że czuliśmy się bardziej jak na konferencji niż na kameralnym koncercie? Być może to nie kwestia ustawienia krzeseł, a tego, że dla niektórych zabrakło miejsc siedzących i stojąc, głośno wyrażali swój żal? Może chwilami było zbyt duszno? A może zupełnie nie chodzi o kwestię organizacji, bo wierzę, że organizatorzy zrobili wszystko, co w ich mocy, by każdy był zadowolony. Przyciemnione światła, piwnica, klimat powinien być rewelacyjny. Może to jednak Kortez? Momentami koncert był nużący. Aranżacje nawet tych bardziej energicznych utworów, jak choćby Niby nic, były melancholijne, żeby nie powiedzieć wprost: smętne. Wiadomo – nikt, kto wybiera się na koncert tego artysty, nie liczy na skoczny pop czy pogo pod sceną. Ale na płycie pojawia się  też pewna optymistyczna nuta, której na koncercie według mnie zabrakło. Sam Kortez przyznał, że rozkręca się dopiero przy bisach.

Ostatnie utwory wybrały osoby z publiczności. Po występie artysta chętnie rozdawał autografy i rozmawiał z widownią. Koncert wpisał się idealnie w listopadową aurę. Melancholia i depresja…, a jednak jest w Kortezie coś, co przy obcowaniu z jego twórczością wwierca się głęboko w człowieka i nie daje mu spokoju. To nie jest muzyka, przy której można robić coś jeszcze. Kradnie cały pierwszy plan. Nie można przestać o niej myśleć, tak jak i nie można było przestać myśleć o koncercie. A przecież o to chyba chodzi?