Ostatnia rozmowa w ramach kwestionariusza „Czytaj!” jest zarazem najdłuższą. Na pytania odpowiadał Maciej Parowski, który w pasjonujący sposób opowiedział o literaturze, swojej pracy, a także o Częstochowie i Festiwalu Dekonstrukcji Słowa „Czytaj!”. Jeżeli chcecie przeczytać więcej rozmów w ramach tego cyklu, zajrzyjcie tutaj.

Michał Wilk: Mamy Festiwal „Czytaj!”, co Pan poleca do przeczytania?
Maciej Parowski:
Teraz czytam tyle różnych książek. Wielu nie kończę. Zbieram siły do własnej powieści, na wyrywki wącham czas. Ale wie pan co, wziąłem dzisiaj do pociągu, jak tu jechałem, Dziady. I jakim to nowoczesnym językiem jest napisane, jakie to jest wspaniałe. Pamiętam, że rok temu jechałem w inną dłuższą podróż i też ją wykorzystałem, żeby głośny przebój zaliczyć. To była wspaniała książka autora, którego nazwisko wyleciało mi z pamięci Związek Żydowskich policjantów [Michael Chabon – przyp. red.] Jest to fantastyka, dzieje się na Alasce, bardzo dziwna proza, dziwnie pisana. W podróż na ostatni Polcon zabrałem powieść kryminalną i filozoficzną Durrenmatta „Organa sprawiedliwości”, ostatnią, jaką wydrukował, a trzeba wiedzieć, że swoje życie kulturalne zaczynałem ponad pięćdziesiąt lat temu od jego fantastycznych właściwie „Fizyków” (i „Wizyty starszej pani”). Ale ostatnio pochłaniam głównie gazety. Żyję życiem politycznym w Polsce. W moim wieku, kiedy człowiek buszuje w bibliotece to skacze z książki na książkę, by stwierdzać, że niektórych tytułów nie pamięta, że mu gdzieś odjechały. Ma ochotę się zatrzymać, a jednocześnie bardzo go kuszą nowości, na przykład strasznie chcę tego nowego Houellebecq’a przeczytać, wie pan? Jak on to widzi, tę inwazję islamu, ale też chcę przerzucić książkę Raspaila Obóz świętych, sprawdzić jak przewidział te migracje ludów. To znaczy przewidział, czy może straszył. Tak czy owak pisał reagując na rzeczywistość.

Pan też by tak chciał?
Pewnie! Zajrzeć troszeczkę za zasłonę czasu, ale i podsumować swe życie. Próbuję zrobić taką książkę. Mam coraz mniej czasu, stale piszę o kinie, co mnie oddala od prozy, ale sprawia, ze jednak trzymam palce na pulsie rzeczywistości. Więc raczej czytam prasę o książkach, choć postanowiłem ostatnio parę kryminałów skandynawskich zaliczyć, na „Millenium” się nie zawiodłem. No i trzeba odświeżyć świadomość polskiej klasyki, bo czasem wstyd. Jestem na jakimś spotkaniu, ktoś przywołuje Dziady i one brzmią tak nowocześnie, tak odnajduję w nich różne sygnały polszczyzny, a ja już niedokładnie pamiętam, który to fragment, skąd to jest. Dajcie to do swoich maturalnych lektur, bo z nich jesteście, ale się wam te fundamenty trochę skruszyły, skorodowały. Z trylogią, z Sienkiewiczem było lepiej. Po Pana Tadeusza sięgałem częściej, zwłaszcza, że miałem go w filmie Wajdy i dużą cześć tej polszczyzny, natomiast Dziady zaniedbałem i widzę, że to błąd. Skończę książkę w drodze powrotnej.

Z czym kojarzy się Panu Częstochowa?
Najpierw bardzo długo z Jasną Górą i Sienkiewiczem. Ale potem zawarłem tu trochę znajomości. Tutaj widziałem bardzo dobrą wystawę Beksińskiego, bardzo dobrą. To były lata 90. Byłem nią zachwycony. Tutaj była wystawa polskich surrealistów, tutaj poznałem Tomka Sętowskiego i kilkunastu członków klubu fantastyki. Tutaj bywałem, w latach 90-tych, gościem akademii filmowej. Mówiłem o kinie do młodych uczniów liceów. Również ten element religijny z mojej głowy nie zniknął i zawsze odwiedzam Jasną Górę, zawsze. Zaglądam do Sanktuarium, ale chodzę też po murach, bo mi się bardzo podobają. Te mury oglądam z Sienkiewiczem pod powiekami. Ale mam tu też paru kumpli fantastycznych i mam takich właśnie parę wizyt innego typu i to mi się tak zlewa w głowie wszystko na raz. Bardzo przejrzysta jest ta ulica na Jasną Górę, piękna i jakoś tam przyjemnie się nią idzie, zawsze we wspomnieniach wydaje mi się krótsza niż w rzeczywistości. Pamiętam, jak właśnie aleję Najświętszej Marii Panny z Jasną Górą w tle przecinał sztrajf z nazwiskiem Beksińskiego, zapowiedź wystawy w BWA. Byłem zachwycony, bo miałem w mojej wyobraźni jedno i drugie. I to się godzi. Dzięki temu, że te wystawę obejrzałem, znalazłem kontakt do pana Zdzisława, zrobiłem z nim trzy czy cztery wywiady i w mojej głowie to się zrosło z Częstochową. On tu też ma specjalną salkę. W 2002 czy 2003 roku wpuścili mnie do niej organizatorzy i zrobiłem tam Jackowi Dukajowi magiczne zdjęcie z obrazem z krzyżem , bo tu byliśmy na seminarium fantastycznym. To takie mam też przebłyski. Fantastyka jest dobrym językiem i wstępem do takich rzeczy.

Co Pan myśli o Festiwalu „Czytaj!”?
Wiem, że był przede mną Jakub Żulczyk. To nie jest mój autor, w tym sensie, że nie ja go odkryłem, ale drukowałem jeden z jego znakomitych tekstów. Dostałem go od kolegi. Wiem, że był tu niedawno Łukasz Orbitowski, znakomity autor, pierwsza liga fantastyki, ekstraklasa. Taki człowiek jak ja, właściwie każdy prelegent przygląda się, ile ludzi z sali wyszło. Dziś szczęśliwie prawie nikt nie wyszedł. Ci ludzie chcieli mnie słuchać, chcieli być ze mną, a to frajda. Mówiłem im o fantastyce jako zjawisku literackim. Nowa poetyka, nawet tematyka, plejada nowych nazwisk i nowy model życia literackiego. To życie klubowe, to życie książką, rozmową o książce, o literaturze, o prasie literackiej, jest częścią owego zjawiska. Ten festiwal także. To bardzo dobre. Nie o to chodzi, żeby autor przyjechał i odklepał coś, tylko żeby wszedł w kontakt ze swoim czytelnikiem. Żeby czytelnik i właściwie każdy zrozumiał, że jednym z sekretów literatury jest osobowość, osobiste przeżycie, pokoleniowe doświadczenie, które trzeba zapisać, no i żeby autor też się czegoś od czytelników dowiedział. Ja tu mam kumpli, których spotykam na festiwalach fantastyki, więc jak się schodzimy to kontynuujemy dawne dyskusje i spory, z rozbawieniem roztrząsamy stare kontrowersje. To dobre, wspaniałe. Organizacja takich rzeczy to dobrze wydane pieniądze, na lokal, na światło. To w porządku, tak powinno być. To cementuje naród, pokolenie, utrwala kulturę, jako język i wspólnotę.

Gdyby nie sztuka, którą Pan się zajmuje, co Pan robiłby na co dzień?
Aż się boję o tym myśleć. Wie pan, ja piszę często po nocach. Żona wstaje, zagląda do mnie i mówi: „Ależ ty się męczysz”. Ja na to: „Ale nie wyglądam na męczennika”, i żona się śmieje, że jednak nie, bo wie, że kocham swoją robotę. Jest takie przysłowie: rób tylko to, co lubisz, a całe życie nie będziesz musiał pracować. To jest mój przypadek. A przedtem byłem cztery lata inżynierem, do czego nie miałem smykałki, co prawda skończyłem politechnikę, bo mnie zmyliły zdolności do fizyki i matematyki, tylko że to nie był mój zawód życia. Dobrze wiem, co to znaczy robić coś, do czego się nie ma serca, więc niech mnie pan nie straszy innym wariantem życiorysu, bo skóra mi cierpnie.

Nawet o tym nie pomyślałem.
Ja wiem, żartuję. (śmiech) Odpycham od siebie to pytanie.

Dobrze. Dziękuję Panu za rozmowę.
Dziękuję.

fot. Piotr Cieślak