W zeszłą sobotę mieliśmy okazję przekonać się, czym jest Chaos Pełen Idei Wojtka Mazolewskiego. A jest – pisząc w skrócie – muzycznym szaleństwem pełnym niesamowitej energii. Dziś krążek trafia do sklepów, a 29 października posłuchaliśmy materiału na żywo. Kto przegapił ubiegłe (aż dwa w jeden wieczór!) koncerty JAZZtochowy, niech żałuje. Dlaczego? Przekonajcie się sami, czytając naszą relację.

Ośrodek Promocji Kultury Gaude Mater w ramach Festiwalu Jazztochowa zaprosił do Częstochowy dwóch niesamowitych muzyków. Na scenie pojawili się więc Jacques Kuba Séguin z zespołem oraz Wojtek Mazolewski Quintet. Gościem specjalnym był znany nam już nie od dziś John Porter. Oba koncerty odbyły się 29 października w Filharmonii Częstochowskiej.

Jazzowa zaduma

Jako pierwszy wystąpił Séguin, kanadyjski trębacz polskiego pochodzenia. Większość utworów, które mieliśmy okazję usłyszeć podczas koncertu, były jego własnymi kompozycjami, jak chociażby Krajobraz dla Muniaka, utwór dedykowany zmarłemu na początku tego roku wybitnemu muzykowi jazzowemu Januszowi Muniakowi. Jak wspomniał Séguin, miał okazję poznać go osobiście.

Wielkie wzruszenie wywołała również interpretacja przedwojennego przeboju Miłość Ci wszystko wybaczy. Z pewnością każdy mógł dzięki temu choć na chwilę zatrzymać się w ten jesienny wieczór i odpłynąć w beztroskie przestrzenie. Jazz ma tę niezwykłą właściwość. Odrobiny niesamowitości dodał od siebie także Krzysztof Majchrzak. Znany częstochowskiej publiczności basista pojawił się gościnie i towarzyszył kwartetowi Kanadyjczyka w trakcie jednego utworu.

Niezwykle ciepłą, a nawet rodzinną atmosferę wprowadzały ponadto zapowiedzi Séguina. Artysta opowiadał o sobie i swojej rodzinie, zgrabnie mieszając przy tym język polski z francuskim i angielskim. Nie było jednak problemu ze zrozumieniem. W takich przypadkach najlepszym tłumaczem jest wybitna muzyka.

fot. Marcin Szczygieł
fot. Marcin Szczygieł

Mocno od samego początku

Po takim emocjonalnym i lirycznym występie, przyszła pora na coś mocniejszego. Każdy kto choć raz był na jakimkolwiek koncercie Wojtka Mazolewskiego, wie, że nie sposób podczas niego usiedzieć spokojnie. Tak samo było i tym razem. Mało nie brakowało, by kwintet, a właściwie jego poszerzony skład, doszczętnie rozniósł częstochowską filharmonię. Choć patrząc na reakcje publiczności pod koniec, to – pisząc kolokwialnie – chyba nie było czego zbierać.

Jak przystało na koncert prezentujący po raz pierwszy nowy projekt Mazolewskiego, występ rozpoczął singiel promujący płytę, czyli Organizmy piękne. Niestety, bez udziału wokalistki, Justyny Święs, ale instrumentalna wersja tego utworu zrobiła na publiczności nie mniejsze wrażenie. Lepszej kulminacji Jazztochowa, a mocniejszego początku koncertu Mazolewski nie mogli sobie wymarzyć.

Potem to dopiero się działo! Kwintet (w składzie Wojtek Mazolewski – kontrabas, Marek Pospieszalski – saksofon, Qba Janicki – perkusja oraz Miłosz Oleniecki – instrumenty klawiszowe), w którym gościnnie przez cały koncert na trąbce grał Cyprian Baszyński, nie pozwolił nudzić się publiczności. Ta z kolei była tak spragniona muzycznych wrażeń, że nie chciała wypuścić muzyków ze sceny. Koncert trwał dobre 90 minut.

Pomimo że Mazolewski występował w Częstochowie z poprzednim albumem, czyli Polką, już rok temu, jednak pozwolił sobie na jej ponowną prezentację. Pojawiło się parę utworów, niby dobrze znanych, ale zagranych tak, że warto słuchać ich za każdym razem, wciąż i wciąż, bo zaskakują.

Niesamowity zastrzyk energii

_dsc5070-fot-marcin-szczygiel2
fot. Marcin Szczygieł

Polka wybrzmiała ze specjalną dedykacją dla wszystkich Pań, w podziękowaniu za ich siłę i energię, jaką wszystkich na co dzień obdarzają. I tej energii nie zabrakło aż do samego końca, a nawet dłużej! Trwająca ponad 20 minut wariacja, przepełniona energetycznym popisem Marka Pospieszalskiego na saksofonie oraz medytacyjnym solo Mazolewskiego na kontrabasie, to istny majstersztyk. Tym bardziej, że nie zabrakło improwizacyjnych wstawek.

Potem już było tylko lepiej. Można więc śmiało stwierdzić, że tak zwany „kwintet plus” Mazolewskiego zaczął od trzęsienia zmieni, a później napięcie rosło i rosło. Aż można było się zastanawiać, jak połączyć elegancję w filharmonii z wręcz klubową ochotą na taniec i okrzyki.

Jednak artyści potrafią odpowiednio dozować muzyczna energię, więc były też momenty pozwalające złapać oddech, rozpłynąć się w doznaniach i własnych emocjach. Jedną z okazji była chwila, w której Wojtek Mazolewski złapał za gitarę, po czym rozsiadł się wygodnie i niskim, lekko ochrypłym głosem zapowiedział kolejny utwór.

Na albumie Chaos Pełen Idei możemy znaleźć go pod tytułem Tobie. Jest to jeden z nielicznych przykładów, w których lider Pink Freud może poszczycić się jeszcze jednym talentem. Jego śpiew, a raczej zgrabna melorecytacja niezwykle lirycznego tekstu urzekła wszystkich słuchaczy, choć szczególnie damską stronę publiczności.

Utworem, który przypomniał słuchaczom, na jakim koncercie się znajdują i sprawił, że ludzie zechcieli wziąć w nim aktywny udział, było rozkołysane Get free (cover Major Lazer). Fanom tego kawałka nie trzeba tłumaczyć, co działo się zarówno na scenie, jak i po tej drugiej stronie.

fot. Piotr Cieślak
fot. Piotr Cieślak

A na koniec – John Porter

Kulminacyjnym momentem było jednak pojawienie się na scenie Johna Portera. Wielu wyczekiwało tej chwili z niecierpliwością. W końcu zapowiadano go jako gościa specjalnego, a obok takiej propozycji nie można przejść obojętnie. Zatem kiedy już ten znany polskiej publiczności Brytyjczyk wstąpił na scenę, zerwały się solidne owacje.

Chaosie Pełnym Idei Porter pojawia się w utworze Polish girl, którego nie mogło zabraknąć podczas koncertu. I tak przypadł publiczności do gustu, że wybrzmiał aż dwa razy. Połączenie nowoczesnego i świeżego jazzowego grania Mazolewskiego i jego kwintetu świetnie uzupełniło klasyczną grę oraz wciąż mocny głos Portera, który od lat zachwyca słuchaczy. Warto było więc zdzierać gardło przy takich kawałkach, jak legendarne Ain’t got my music. Należy przypomnieć, że utwór został wydany przez Porter Band na początku lat 80. ubiegłego wieku, a zachwyca niezmiennie do dziś.

Niezwykłą swobodę z jaką grali muzycy, radość płynącą z nich samych i pojawiającą się między nimi chemię można było zauważyć cały czas. To wspaniały widok, kiedy artyści bawią się muzyką i robią to dobrze. Dzięki temu powstała energia udziela się publiczności. Ludzie na początku nieśmiali, może zaskoczeni, dali jednak porwać się przy takich hitach jak Out of space (The Prodigy w jazzowej aranżacji? – proszę bardzo!) czy już kompletnie podczas Bombtrack (interpretacja utworu Rage Against The Machine). Nie dało się spokojnie usiedzieć.

Na jesienną słotę – jazz

Dzięki Jacquesowi Kubie Séguinowi mogliśmy delikatnie, lecz z charakterem, wkroczyć w świat muzyki. Za to Wojtek Mazolewski po raz kolejny udowodnił, że jazzowe granie wciąż może porywać z miejsc i dawać zastrzyk pozytywnej energii. Takie połączenie sprawiło, że koncert był niezwykle różnorodny. Słuchacze mogli zachwycać się jazzem pod każdą jego postacią, odkrywać go wciąż na nowo. Mimo, że wychodząc z koncertu padał ulewny deszcz, to my, jak i prawdopodobnie wielu innych słuchaczy, poczuliśmy go dopiero otwierając drzwi naszych domów. Takie zakochanie w muzyce nie zdarza się często.

Karolina Woszczyna / Martyna Picheta / red. mjjw
fot. Marcin Szczygieł / Piotr Cieślak [cała galeria na naszym Facebooku: Mazolewski / Séguin]