Piątkowy wieczór, 22 stycznia, bez wątpienia należał do grupy Wojtek Mazolewski Quintet. Zespół dał koncert w Pubie Sportowym Stacherczak w ramach częstochowskiego festiwalu JAZZtochowa. Kto nie był, niech żałuje mocno, było czego posłuchać. Obok Pubu współorganizatorem tego występu był Ośrodek Promocji Kultury “Gaude Mater”, odpowiadający za cały festiwal.

Nazwiska Mazolewskiego przypominać nie trzeba nikomu, a już na pewno nie fanom muzyki jazzu, czy właściwie yassu. Kto nie zna chociażby zespołu Pink Freud, musi nadrobić zaległości. Notabene Pink Freud ponad tydzień temu wypuścił nowy krążek, więc warto się nim zainteresować. Wracając jednak do koncertu kwintetu WMQ. Znając muzyczną wyobraźnię i ambicje lidera grupy (np. ostatnie trasy po Ameryce Południowej, Chinach, współpraca z Lao Che przy trasie Jazzombie itp.) można było spodziewać się wspaniałego koncertu. I tak właśnie było! Tak naprawdę można było spokojnie iść w ciemno.

Smaczkiem piątkowego występu był częstochowski akcent. Na scenie obok Wojtka Mazolewskiego wystąpili jeszcze: Joanna Duda (klawisze), Jakub Janicki (perkusja) oraz dwaj częstochowianie: Marek Pospieszalski (saksofon) i Cyprian Baszyński (trąbka). Dodam tylko, że Pospieszalski jest z tych Pospieszalskich, a Baszyńskiego możecie kojarzyć np. z NSI Quartet, który jakiś czas temu także grał w ramach JAZZtochowy.

Z muzyką jazzową jest taki problem, że mainstreamowe media zbyt mało uwagi przykładają do popularyzacji tego gatunku, więc jeśli przeciętny Kowalski nie ma nigdzie możliwości osłuchać się z tą muzyką, to jest to dla niego czarna magia. Po prostu jest zbyt mało obecna w społeczeństwie.

„Jazz to jest główna rzecz, którą chcę robić i robię”. Rozmowa z Cyprianem Baszyńskim z NSI Quartet

Wojtek Mazolewski Quintet od razu zaczął mocno i zdecydowanie. Dzięki temu zespół został przyjęty ciepło, ale nie gorąco, bo początkowo publiczność zdawała się zaskoczona. Pewnie tym, że nie brakowało energii, zwariowanych improwizacji, zaskakujących momentów, charakterystycznych bardziej dla Pink Freud. Możliwe, że ludzie oczekiwali jazzowego głaskania, takiego, jakie zapowiada najnowsza wpłyta kwintetu, czyli Polka. Na albumie poza paroma mocniejszymi, szybszymi kompozycjami (m.in. Punk-T Gdańsk, który także rozbrzmiał na częstochowskiej scenie), trudno szukać tego, co otrzymaliśmy w piątkowy wieczór.

To było istne szaleństwo! Nie dało się spokojnie tego słuchać. Yass angażuje bez reszty. Nie pozwala usiedzieć w miejscu. A muzyka WMQ to już w ogóle. Dlatego zaskakujące było, że przed sceną ustawiono rzędy krzeseł, a przez cały koncert publika była do nich mocno przytwierdzona. Ktoś tam się kiwał, ktoś mocniej reagował, gestykulował, lecz dopiero w trakcie bisów Mazolewski musiał ludzi poderwać, inaczej przesiedzieliby koncert aż do końca. Tylko że było to trochę za późno.

Widocznie jak zebrani w pubie ludzie (nie wszyscy, rzecz jasna), tak samo organizatorzy nie spodziewali się, z czym wystąpi WMQ i że będzie to muzyczna petarda. Poza paroma akcentami z najnowszego albumu (można było usłyszeć między innymi tytułową Polkę, czy spokojniejszy utwór Paris), poza aranżacjami utworów Major Lazer Get Free i Rage Againts the Machine Bombtrack, było wiele improwizacji, nieprzewidzianych momentów.

Do tego każdy z muzyków miał swoje pięć minut. Dzięki temu partie solowe wprawiały w przyjemny trans i nie pozwalały wyjść spod wrażenia, że to udany koncert. Nawet pomimo paru potknięć, niedociąnięć. Ale to właśnie yass, wszystko jest dozwolone, a najważniejsza jest energia. Czy też właściwie miłość, którą Mazolewski chciał od samego początku nas zarazić. Według mnie z sukcesem, czego dowodzą cztery bisy. I powodzenie członków zespołu po koncercie. Choć nie mam pewności, czy pokoncertowa obecność ludzi w pubie nie była po części związana z obawą przed przeziębieniem. W końcu być spoconym, rozgrzanym i do tego czekać w długiej kolejce po płaszcz na zimnym parkingu podziemnym, to nie jest nic przyjemnego.

Tak czy siak, warto było. Polka gościła w Częstochowie po raz pierwszy. Mam nadzieję, że nie ostatni, a także, że wkrótce przyjdzie okazja do posłuchania Pink Freud Plays Autechre na żywo. Na koniec tylko dodam tyle: dobrze, że istnieje taki festiwal jak JAZZtochowa, który nie jest skumulowany w krótkim okresie. Dzięki temu można dawkować muzyczne emocje w rozsądnych porcjach. Do tego dochodzą inne koncerty jazzowe, cząstka festiwalu jaZZ i okolice. Dlatego nie przesadzę, jeśli stwierdzę, że Częstochowa jazzem stoi, choć po piątkowym koncertcie powinienem napisać: siedzi.

fot. M. Szpądrowski / dzięki uprzejmości OPK “Gaude Mater”