Piątkowy wieczór 17 marca obfitował tłumami. Wszyscy przyszli z nadzieją na niezapomniany wieczór, który miał im zapewnić występ Korteza. Oczekiwania były wielkie, bo wokalista ostatnim razem, w kameralnym gronie pubu Carpe Diem, swoją charakterystyczną chrypą i tekstami oraz brzmieniem gitary akustycznej wycisnął niejedną łzę. Tym razem muzyk wystąpił ze wzmocnioną siłą. A to za sprawą towarzystwa Olka Świerkota i Krzysztofa Domańskiego, by zagrać dla o wiele większej publiczności. Czy podołał temu wyzwaniu i zabrał nas do swojego świata, podobnie jak wcześniej?

Koncert rozpoczęła piosenka Niby nic. Znane już przez wszystkich gitarowe brzmienie, poruszający tekst i rozczulające gwizdanie były celnym wprowadzeniem w historię, którą trio chciało nam tego wieczoru opowiedzieć.

Następnie wybrzmiał utwór Wiem, że mnie podglądasz, lekki i zadziorny. To miało przygotować nas do piosenki o samotności. A to uczucie osamotnienia było wręcz słychać i widać. Znajdowało się też w Pocztówce z kosmosu. Scena utonęła więc w czerwieni, jak alarm wołający o pomoc. Ta jednak nie nadchodziła, choć pojawiło się delikatne światło, jak nadzieja, którą z uczucia opuszczenia wyśpiewał nam Kortez, by chwilę później zatonąć w ciemności.

kortez5

Piosenka Ludzie z lodu była wolna i pełna melancholii, by za chwilę zaskoczyć silniejszym akordem. A UleciałoOd dawna już wiem wzbudziło entuzjazm u niejednej osoby. Właśnie w tych piosenkach szczególnie uwydatnił się charakterystyczny głos Korteza. Śpiewał z pełnym przekonaniem, sprawiając, że czuliśmy się jakby położył przed nami swoje serce. Tego samego publiczność doznała chwilę później, kiedy rozbrzmiały dobrze już znane dźwięki Zostań – piosenki, przez którą najczęściej rozpoznaje się Łukasza Federkiewicza. Zarówno ona, jak i następnie zagrany Film przed snem zostały entuzjastycznie przyjęte przez publiczność.

Z kolei Bumerang był kwintesencją tego koncertu, trzonem opowieści, którą nam opowiadano. Pojawił się nawet nowy instrument – ukulele. Przyznać trzeba, że pasował tu idealnie. Podobny zabieg, z identycznym skutkiem, zastosowano przy kolejnej piosence – Z imbirem, gdzie grzechotki, cymbałki i keyboardowe bity zabrały nas do lat młodości.

kortez4

Na koniec Kortez przedstawił piosenkę liryczną, ale zarazem elektryzującą – Co o mnie myślisz? Jednak na tym się nie skończyło. Oczywiście pojawiły się bisy. Były aż dwa i oba bardzo dobre. Ale zanim nadeszły, muzycy budowali napięcie, a to powoli wzbierało się w nas wraz z rozpoczęciem mało znanej piosenki To jest mój dom. Utwór przynosił na myśl klimat dzikiego zachodu, a światła na scenie tylko to uwypuklały. Koncert ostatecznie zakończyła poruszająca piosenka Nic tu po mnie, która domknęła całą historię, jaką Kortez chciał nam opowiedzieć.

Przyznać trzeba, że zrobił to umiejętnie i z rozmachem. Wykorzystał wszystkie swoje możliwości, jak i te, które zaoferowała mu częstochowska filharmonia. Na scenie cechował się swobodą, która pokazywał nawet przy lekkich usterkach. Każda barwa i zmiana światła dopełniała występ, jednocześnie nadając mu drugie dno. Dzięki temu Kortez stworzył eteryczną atmosferę, a wszystko po to, by opowiedzieć w niej swoje historie, niemal jak bajki, które mówiąc o uczuciach, dawały nam, na dobranoc, prztyczka w nos i zachęcały do przemyśleń.

fot. Marcin Szczygieł