W ubiegły czwartek (3.12) na scenie klubu Carpe Diem z materiałem ze swojej debiutanckiej płyty „1+1=0” wystąpił Marcin Zabrocki. Jest to postać dobrze znana polskiej publiczności – przez wiele lat muzyk współpracował z zespołami takimi jak Pogodno, Hey, a ostatnio wspierał także Dorotę Masłowską w jej projekcie Mister D. Jednak czwartkowy koncert to jego pierwszy solowy występ w Częstochowie (oby nie ostatni!).

Na scenie muzykowi towarzyszyli: Paweł Cieślak, Piotr Gwadera i Sebastian Pikula (czuję, że jego banjolina będzie śnić mi się po nocach).  Widać – a przede wszystkim słychać – było, że ta czwórka doskonale się rozumie, a wspólne granie to dla nich czysta przyjemność. Sam Zabrocki podkreślił zresztą, że im, muzykom, też się coś z tego koncertu należy. Stąd utwory pozbawione wokalu. Momentami instrumentalne improwizacje były tak rozległe, że można byłoby zacząć zastanawiać się, czy oni w ogóle mają zamiar kiedyś skończyć. Ale podejrzewam, że nikt ze zgromadzonych o tym nie myślał, bo wbrew przewidywaniom Zabrockiego, ich zabawy z dźwiękiem to czysty miód dla uszu.

Na płycie „1+1=0” pojawiają się bardzo mocne i charakterne duety m.in. z Katarzyną Nosowską, czy Czesławem Mozilem. Utwór „Herbu Warkoczyk” artysta wykonuje na krążku wraz ze swoją córką. Przed koncertem można było mieć więc obawy, czy wokalista udźwignie te piosenki w pojedynkę, ale jego występ rozwiał wszelkie wątpliwości. Bo Zabrocki jest genialnym artystą, a przy tym świetnym opowiadaczem.

Cały koncert był bowiem podróżą po toksycznych, ale i tych całkiem zdrowych stronach relacji damsko-męskich. Nie było jednak żadnego moralizatorstwa, ani tym bardziej sentymentalizmu. Odnosiiliśmy wrażenie, że przyszliśmy usiąść z kumplem przy piwie, by w normalnej rozmowie wymienić się doświadczeniami i historiami (niekoniecznie) naszych związków. Zabrocki  rewelacyjnie przeplatał opowieści utworami z płyty.  Dodatkowo ze sceny zabrzmiał jeszcze cover z repertuaru Brygady Kryzys „To co czujesz, to co wiesz”, oczywiście w nowej aranżacji.

Publiczność żywo reagowała zarówno na utwory, jak i na komentarze płynące ze sceny. Zabrocki mówił przecież o tym wszystkim, co dobrze znamy – bezpośrednio lub przez przyjaciół, znajomych, znajomych znajomych itd. Bo kto w dzisiejszych czasach nie poznał, co to znaczy wynajmować kawalerkę we trójkę i szukać chwili intymności zamykając się przed światem w łazience?  Kto nie pił wiśniówki pod rozgwieżdżonym niebem z osobą, która w tym momencie była całym światem (a potem okazywało się, że chyba jednak to efekt tej wiśniówki)? Kto nie zetknął się z depresją, psychotropami, trzaskaniem drzwiami i nocnym wyciem w poduszkę? Kto nie bał się zaczynać od nowa? Chyba nikt.

I wreszcie kto z nas nie próbował dystansować się do sytuacji, w których jesteśmy bezsilni, przez autoironiczne komentarze i nie przepracowywał tematu muzyką? Zabrocki przeprowadził nas przez cały ten proces jak na przyspieszonym filmie. A my mogliśmy tylko uśmiechać się pod nosem i kiwać głową. Na szczęście na końcu, wykonując na bis „Całą na świat” w zupełnie innej odsłonie niż na płycie, artysta nastroił nas pozytywnie do tego, by obudzić się i przestać „być marudą”.  I za to – ogromne dzięki!